“Święta to jest jakaś porażka?”

grudzień 15, 2007 - autor: Fisza

Ja już nic nie rozumiem… “Święta to jest jakaś porażka?” Zawsze mnie denerwowali ludzie, którzy bojkotują wszystkie kościelne święta i zieją na  Walentyki nienawiścią, psując innym  zabawę. Przecież to wszystko to rodzaj nieszkodliwej rozrywki, która ma poprawić humor choć na chwilę, żebyśmy trochę poudawali, że cała rodzina się kocha, żeby mieć pretekst do sprawiania sobie przyjemności prezentami.

…Chociaż kiedyś to było święto pogańskie, miało wymiar mistyczny, z racji tego, że dzień się wydłużał. Poganie czy nie- nadal stroimy drzewka ;]

Ale w tym roku…

Mama pyta mnie czy chce suszarkę do włosów z jonizacją, zimnym nawiewem i dyfuzorem, czy bez dyfuzora mi starczy… Prowadzi do sklepu i pokazuje po kolei coraz cięższe, większe, bardziej wypasione i droższe suszarki przypominające bronie kosmitów z tanich s-f movies. Jak tak dalej pojdzie to w przyszłym roku dostanę zestaw laserowych mieczy z gwiezdnych wojen ;x [Tak naprawdę kręci mnie jedynie wizja nowych łyżew, bo stare mam 2 numery za małe... ale miecz Lorda Vadera też byłby spoko;>]

Nie dość tego wizja spotkania (albo i nie) mojej wiecznie skłóconej rodziny nie napawa mnie optymizmem. I jeśli jakaś ciotka spyta mnie, ile mi urósł biust przez “te lata” to ją zabiję. Nawrzucam jej tłuczonych bombek do śledzi. Albo coś.

Kilka słów o Kevorkianie

lipiec 10, 2007 - autor: Fisza

Minął  drugi dzień praktyk w szpitalu. Nie wiem, co mam powiedzieć.

Robię dużo, ale i tak -jak zwykle- jeszcze więcej obserwuje. Lekarze dają mi spokój, bo narazie myślą że jestem pielęgniarką, a mnie to odpowiada, bo nie udają. Gdyby od początku wiedzieli że studiuję medycynę, chodzili by częściej po odziale i popisywali się wiedzą.

Pielęgniarki są bardzo miłe. Robią mi kawę i uśmiechają sie do mnie. W życiu nie widziałam takich sympatycznych pielęgniarek ;)

Patrzę, jak katatoniczka po operacji mózgu patrzą tępo w sufit. Patrzę jak przerażone zwierzęta, z ograniczoną świadomością, wbijają swój przerażony wzrok w moje oczy, gdyż z trudem nawet oddychają czystym tlenem. Widzę jak robią pod siebie, jak krztuszą się śluzem, którego nie potrafią przełykać, jak półprzytomni wyrywają sondy, kierowani jakimś dziwnym, pełnym nienawiści, odruchem. Maszyny podtrzymują ich schorowane ciała, personel robi wszystko, żeby to trwało jak najdłuzej.

Pewną kobieta z nowotworem trzustki chwali się, że zabierają ją do szpitala w większym mieście. Rodzina patrzy po sobie w milczeniu. Domyślam się, że nikt jej nie powiedział że jedzie do hospicjum.

Najbardziej zdziwiło mnie to, że personel całkowicie uodpornił się na cierpienie. Stoją nad kobietą, która własciwie jest już jedną nogą w grobie i żartują, rozmawiają ze sobą na temty rodiznne etc. Nie potępiam ich. Za kilka lat, możliwe, sama taka będę. Uodpornie się na cierpienie i śmierć.

Ale nie to jest najgorsze…

Ja po prostu… zaczynam rozumieć dr Kevorkiana ;/

Connected +

marzec 23, 2007 - autor: Fisza

Tak się składa, że wszystkie moje próby zastanowienia się nad sobą ostatnio spełzły na niczym. Ciąglę żyję w przekonaniu, że nie ma sensu zastanawiać się nad sobą. Po co, lepiej żyć w ułudzie, że wszystko, co robię ma sens. No i nie pozwalam sobie na lekkie schizy, które ogólnie wpływały na mnie odżywczo, prowadząc do jakichś głebszych przemyśleń.

Dlatego właśnie tu zamierzam od czasu do czasu zamieścić tu jakąś wyjątkowo oderwaną od rzeczywistości refleksję.

Nie spodziewam się odzewu… chyba.